Człowiek, który pokochał Innego

Okej. Wyobraź sobie, że nie ma TVN-u. Telewizja publiczna istnieje, ale Joanna Szczepkowska nigdy tam nie wystąpiła ze słodkim hasłem: „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Pulp i The Smiths grają grunt pod britpop, ale ty nic o tym nie wiesz, bo nie masz MTV.

Nigdy nie słyszałeś Sun of the blue sky, a Love Edyty Bartosiewicz nie została złotą płytą i nie wyznaczyła gustów muzycznych alternatywnej młodzieży w ciuchach „na plastyków”. „Złota płyta” to zresztą tylko taka nazwa, bo i tak słucha się kaset. Nikt nie wpadłby na to, żeby na imprezę brać gwizdek – techno nie zawładnęło imprezowaniem, a polska feta nie zrobiła fety na europejskim rynku narko. Jonathan Carroll nie odwiedził Polski, a Idol nie zapoczątkował niczyjej kariery w telewizji. Pojmujesz? To się nie wydarzyło.

Tak mógłby wyglądać początek Człowieka, który pokochał Yngvego Torego Renberga, gdyby Jarle Klepp, jej główny bohater, mieszkał w Polsce.

A może nieco inaczej: nie czytasz „Wysokich Obcasów”, nie używasz rumiankowych podpasek. Depilatora też nie, lecz nie jest to gest feministyczny ani też niefeministyczny – Agnieszka Graff nie napisała Świata bez kobiet. Nie dyskutujesz o parytetach, nie masz profilu na portalu Kobiety Kobietom i nie możesz na szybko kupić bielizny w H&M.
I tak dalej.

Czy Człowiek, który pokochał Yngvego mógłby rozgrywać się w Polsce?

Jarle jest nastolatkiem i jest styczeń 1990 roku. Upada mur berliński, a u nas pół roku temu odbyły się „wolne wybory”. Tymczasem Jarle słucha The Pixies, Jesus and Mary Chain, Siouxsie and the Banshees. Rozmawia o magazynowaniu śmieci, efekcie cieplarnianym i Dead Kennedys. Nie lubi łyżew, tenisa i sprawności fizycznej, która charakteryzuje przeciętność i establishment (u nas niechęć wobec sprawności fizycznej wyrażała się, pamiętam, ściemnionymi zwolnieniami z WF; wątpię, żeby miały podłoże polityczne – moje nie miało).

Jarle ma dziewczynę, z którą chodzi na koncerty i balangi i na których znów rozmawia o śmieciach, efekcie cieplarnianym i Dead Kenedys (takich imprez nie pamiętam). Nie chodzi do kina, kiedy grają tam hity, chodzi za to na Jarmuscha i Felliniego. Nie trzyma na półce żelu przeciwko pryszczom, nigdy też nie ma czystych włosów. Ma szafę pełną czarnych ciuchów, tak jak Helge. Helge: przyjaciel Jarlego, anarchokomunista. Nauczyciel historii mówi o nich Fidel i Cze: „ – Fidel, ty i Cze wyznajecie przecież komunizm, prawda? Co takiego poszło nie tak? Uwielbialiśmy, kiedy Svenson określał nas tymi przydomkami, Helge był Castro, a ja Guevarą, uwielbialiśmy to, ale udawaliśmy, że jest to dla nas oczywiste i powstrzymywaliśmy się od komentarzy”. Powstrzymywali się, bo przydomki nie były złośliwe, były naprawdę „oczywiste”.

A w Polsce? W 1990 chodziłam do nowo otwartej w liberalnym geście prywatnej szkoły, gdzie codziennie przed lekcjami zmawialiśmy modlitwę. O żywych pogadankach na temat lewicy możemy zresztą pomarzyć do dziś. Na WOS-ie mówi się tylko o tzw. partiach wiodących (bo na inne kto by bez sensu głosował?); Platforma Obywatelska figuruje jako kwintesencja liberalizmu, a ekologia kojarzy się z sadzeniem drzewek wokół szkoły i zbieraniem papierków w ramach prac społecznych. Czasem pojawi się jakaś szkolna akcja typu „Szanuj wodę” i zawiśnie plakat. Najczęściej do bólu infantylny. Sama niedawno taki widziałam: Neptun w koronie. Wsiał w liceum, nieco ponad rok temu.

Jarle i Helge są punkami. Łączy ich muzyka, polityka, stanowcze „nie!” dla wszelkiego „konserwatywnego szajsu”, Ćma barowa Bukowskiego, papierosy w deszczu. Ich kapela nazywa się Mathias Rust Band. Są „aroganccy, upolitycznieni, punkowi”. „Mielone chodź tu / Pod ścianę bach i w dół” – wrzeszczą w mikrofony. Mają po siedemnaście lat.

Kiedy miałam siedemnaście lat, był rok 1994. Całkiem niedługo po przełomie, całkiem na świeżo po zachłyśnięciu się własnym „Zachodem”, który zaowocował w nas brakiem zachodu. Nowe kluby, imprezownie, techno, MTV. To nas wtedy obchodziło. I nic dziwnego, skoro wcześniej tego właśnie nie mieliśmy. Pamiętam punków. Nosili wąskie spodnie, brudne trampki i agrafki. Tak, mieli też przetłuszczone włosy i tę specyficzną pogardę dla establishmentu. Lecz czym był establishment, trudno powiedzieć. A lewicowość? – Nie pamiętam. Może „komuna” była zbyt blisko, może zbyt oczywiste były wtedy definicje. A może byliśmy po prostu leniwi.

Bohaterowie Renberga mieszkają jednak w Norwegii. Rodzice Helgego są działaczami lewicowymi, dlatego mógł wyssać anarchistyczne hasła z mlekiem z marketu. Jego reklamę potrafił dzięki temu nazwać „kapitalistycznym szajsem”.

Bo wtedy w Stavanger, wśród dźwięków The Pixies i Mathias Rust Band, to-co-lewicowe mogło już stać się częścią kultury. Mogło już stać się „tylko stylem” i „tylko dyskursem”. Każdy nastolatek grzeszy pewnością – pisze Renberg. Tak, bo definiuje się poprzez dyskurs. A lewicowe symboliczne Jarle miał na wyciągniecie ręki. W tym codziennym symbolicznym wszystko było „jasne i pewne”. Dlatego w styczniowy piątek 1990 roku, gdy rusza akcja książki, Jarle „jest panem świata”. Świata, gdzie to-co-inne podlega tylko negacji i odrzuceniu. Lecz Jarle „jest panem świata, który zaraz zawali mu się na głowę”. Tak właśnie o tym pisze: „Za parę sekund ten świat wywróci się do góry nogami”.

Bo oto Jarle zakocha się w Innym. Radykalnie, totalnie i bez miejsca na szczątki jakiegokolwiek dyskursu. Poza miłosnym. „Niemożność zobaczenia obiektu zakochania jest jak abstynencja. Fizycznie, całym sobą odczuwasz wtedy, że brakuje ci czegoś istotnego, że zniknęło coś, co pozwalało ci oddychać, co wprawiało twoje stopy w ruch. Wszystko inne traci sens. Mówi się, że trudno jest rzucić palenie czy heroinę. Spróbuj rzucić zakochanie. To niemożliwe”. „Takie już jest zakochane spojrzenie. Obojętne, gdzie znajduje się ukochany, zawsze będzie szukać obiektu swojego zakochania”.

Nie, to nie są Fragmenty dyskursu miłosnego Rolanda Barthes’a. To wciąż Tore Renberg – wciąż pierwszoosobowa narracja Jarlego. Czy nie brzmi jak przepisana z tekstu francuskiego filozofa?

Pewnego dnia w szkole nie jest jak zwykle. W przejściu stoi chłopak, który patrzy w słońce. „Stał tam”. Inny, osobny. „Wszyscy zdawali się nie zauważać samotności Yngvego. Lecz ja ją zauważyłem”. Stoi tam i nagle to się dzieje. Ciało Jarlego przestaje być posłuszne i zachowuje się po swojemu. „Co ty ze mną robisz? (…) Bez namysłu uniosłem rękę (…) Moje nogi szły do niego”. Nagle to ciało chce być inne, chce być ładne i schludne, nagle przydaje się żel przeciw pryszczom, a nawet korektor. Nagle tłuste strąki zaczynają przeszkadzać, nagle świeżo ścięta grzywka zaczyna drażnić Helgego.

„Jestem Yngvem (…) Nazywam się Yngve Lima, a ty o tym nie wiesz”.

„Tlen wyparował z mojego ciała, nerwy w przerażeniu ścisnęły się w kłębek, mięśnie nóg zmieniły się w wodę”.

Co się stało? Czy Jarle się zakochuje? „Jestem zakochany”, mówi. Tak, z pewnością. Ale czy to jest książka gejowska? „Nie jestem gejem. Wręcz przeciwnie – zawsze szalałem za dziewczynami, a w dniu, w którym spotkałem Yngvego, ubóstwiałem je, jakby były ucieleśnieniem dobroci i piękna . (…) Nie myślałem o chłopakach. Nie uważałem, że są piękni. Czy brzydcy. Po prostu nie myślałem o nich w ten sposób”.

Wiadomo. Myślenie sobie, uczucia sobie. Więc? Inicjacja? Nagła świadomość siebie? O to chodzi?

Nie. Chyba jednak nie. To, co dzieje się z Jarlem, jest raczej zachwianiem świadomości siebie, pęknięciem tożsamości i autoidentyfikacji. Jest wszystkim tym, co się dzieje przy spotkaniu z Innym.

„Kim jesteś?” Yngve jest nie tylko „innym nastolatkiem”, który nosi schludne ubrania, ma słabe poglądy polityczne, w zamian banalnie interesuje się Egiptem i bezrefleksyjnie słucha muzyki popularnej. Nie jest jakimś innym. Jest pustym Innym. Pustką. „Czy był jednym ze swoich? Nie. Nie był. Czy był jednym z innych? Też nie”.

Świat Jarlego to świat słów, definicji, kategorii. Zdyskursywizowana ideologia, której jeszcze nie potrafi skleić z życiem. Rzeczywistość pełna metafor. Rzeczywistość Yngvego jest psychotyczna, więc pozbawiona metafor. Yngve nie zamieszkuje przestrzeni języka, nie dyskursywizuje. Yngve  tylko jest. Naprawdę – jest. („Duran Duran. On naprawdę ich lubił”). W tym zakochuje się Jarle. Ku temu dąży jego pragnienie i z tym się utożsamia: „Jestem Yngvem (…) Nazywam się Yngve Lima, a ty o tym nie wiesz”.

Co to znaczy? A być Jarlem? Co to by miało oznaczać? Bo oto na przykład przychodzi taki moment: matka Jarlego traci pracę. Jarle reaguje dwojako. Najpierw za pomocą codziennego lewicowego dyskursu, a potem (co jest bliższe emocjom) – dyskursu przeciwnego. Oskarża matkę, myśli: nie możesz wziąć się w garść? Weź się w garść! Zmień to. Chce, żeby była silna, żeby było jak zawsze, niech ona o to zadba. Nie jest w tym lewicowy. Ani też antylewicowy. Jest tylko synem, nastolatkiem, gówniarzem. Bo dlaczego właściwie ma nim nie być? Za jakiś czas wykrzyczy Helgemu w twarz: Jesteś tylko kopią swoich rodziców! A ty kopią mnie! – odkrzyknie mu Helge. Kopią kopii. Tekstem. Jak z tego uciec? Gdzie?

„Pierwsze, co chciałem zrobić w poniedziałek, to kupić wielką mapę świata i zasłonić nią plakat The Smiths”. Mapa świata: „nic”, którym można zasłonić tekst. Ciało Yngvego, ciało bez znaczeń (nawet znaczenie erotyczne go nie dotyczą), jest wszystkim, czego nie ma Jarle. Miłość jest chciwa. Kochasz kogoś, kto ma to, czego nie możesz mieć ty, mówi zakochany narrator. Przez chwilę, w zawirowaniach dojrzewania, kliszach wyborów, światopoglądów, emocji i pragnień Jarle chce mieć właśnie to – „nic”.

Czy Człowiek, który pokochał Yngvego mógłby rozgrywać się w Polsce? Nie, chyba jednak nie. Bo lewicowość, żywa polityczność, poparty wiedzą anarchizm i myślenie ideologią nie były częścią żadnej z naszych subkultur. Ale Człowiek, który pokochał Innego może rozgrywać się wszędzie.

„Skończył się w Polsce komunizm”. Rozumiesz, co to znaczy? Co o tym myślisz? Kogo zacytujesz mi w twarz, odbijając piłeczkę? Czy wiesz, czemu Gawliński nagrał Sun of the blue sky? Tak? A ty sama – często myślisz o śmierci? Śmierci? Co za banał. A w ogóle to czego słuchasz? Odbić piłeczkę. „Czego słuchasz” zawsze jest walką…

W 1994 roku przeczytałam jednym tchem Pannę Nikt. Jako tekst o sobie, o autodefinicji,  nieustającym pragnieniu i walce „inności” z „nicością”. Wedy to czułam. Dziś oczywiście widzę, jak wiele powieść Tomka Tryzny ma w sobie banału. Którego powieść Torego Renberga nie ma. I dlatego jest świetna.

Marta Konarzewska, „Krytyka Polityczna”

przejdź do tej książki

zobacz wszystkie recenzje/zapowiedzi

katalog pdf

partnerzy





newsletter

(i wpisz nazwę wydawnictwa)

by otrzymywać newsletter


RSS wydarzenia



Wydawnictwo Akcent

© BC Edukacja sp. z o.o. 2011